Jarosław Cybulski: kręci nas tworzenie marek, wprowadzamy właśnie nowy brand - Im Naturikke
Jarosław Cybulski: kręci nas tworzenie marek, wprowadzamy właśnie nowy brand - I'm Naturikke

- Mieliśmy dziś rozmawiać o Waszych pięciu latach na rynku i o nowej marce – I’m Naturikke, która właśnie weszła do sprzedaży. Jesteśmy jednak w sytuacji, w jakiej jesteśmy. Pandemia położyła się cieniem na naszym zdrowiu, ale też całej gospodarce. Jak Pan sądzi, jaki to będzie mieć wpływ na biznes kosmetyczny?

Jarosław Cybulski, prezes zarządu Janda: Już ma. Rzeczywistość nam się zmienia z godziny na godzinę. Zmieniają się regulacje, zmienia się dostępność surowców, zmieniają się ceny komponentów. Nawet jeśli jakaś firma, wiedząc już, co dzieje się w Azji czy we Włoszech, zrobiła jakieś zapasy surowców, to za chwilę może mieć kłopot ze sprzedażą. Albo w ogóle z produkcją, jeśli okaże się, że w fabryce pracował ktoś zakażony. Wtedy taki zakład trzeba będzie poddać kwarantannie. Zresztą część zakładów już na jakiś czas zawiesiła działanie. Przedsiębiorcy mają teraz przed sobą wiele wyzwań, wiele znaków zapytania w głowach. To czas absolutnej niepewności. Najogólniej już teraz mogę powiedzieć, że dla całej branży kosmetycznej sytuacja jest trudna.

- Zniknęła gdzieś nam błyskawicznie ta pewność i przewidywalność, do której przywykliśmy…

JC: Zdecydowanie. Z dnia na dzień. Będziemy musieli nauczyć się oswoić nową rzeczywistość, choć do końca nikt nie wie, jaka ona będzie…

- Ważne dziś hasło to odpowiedzialność. Za siebie, ale i za innych. Przez lata pokutował we wszystkich gospodarkach wolnorynkowych silnie rozwinięty etos pracy. Ludzie przychodzili do biur przeziębieni, nie chcąc narażać się pracodawcy. Albo sami mieli poczucie, że jeśli nie przyjdą, to się bez nich firma zawali…

JC: Rzeczywiście taka sytuacja była powszechna. Tak naprawdę jednak reagować powinien zawsze bezpośredni przełożony i odsyłać chorą osobę do domu. To, co dla jednej osoby jest „zwykłym przeziębieniem”, dla osoby z obniżoną odpornością może być tragiczne w skutkach. Przecież są wśród nas osoby, które są cukrzykami, po zawale czy przebytym leczeniu onkologicznym. Nie ma sensu ich narażać. Warto, byśmy przemodelowali ten sposób myślenia.

Firma zwykle nie zawali się z powodu kilkudniowej nieobecności. Te super-pilne sprawy może przejąć inna osoba. Powinniśmy częściej myśleć, że zdrowie jest prawdziwą wartością i trzeba się o nie zatroszczyć. I o nasze własne, i innych.

- Pięć lat obecności na rynku. Jak Pana zdaniem Janda poradziła sobie na wysoce konkurencyjnym rynku?

JC: Wydaje mi się, że wykorzystaliśmy bardzo dobrze ten czas, maksymalnie. Pewnie zawsze można mieć poczucie, że można było coś zrobić jeszcze lepiej, szybciej - ale to w sumie bez znaczenia.

Zrobiliśmy tyle, ile było realne na miarę naszych możliwości. Rozwinęliśmy markę, rozwinęliśmy sprzedaż.

Oczywiście: inaczej rozwija się markę, kiedy ta jest w strukturach wielkiej organizacji, inaczej w firmie rodzinnej. Myśmy wystartowali od zera. Zatem na te ostatnich pięć lat patrzę z dumą i z satysfakcją. Ważne jest nie tylko to, co udało się nam osiągnąć, ale też fakt, że uniknęliśmy poważniejszych błędów… To one są zagrożeniem dla „być albo nie być” młodej firmy. Doceniam po prostu to, co nam wyszło. Nasza sprzedaż jest bardzo stabilna – z tendencją rosnącą, zwłaszcza odkąd wprowadziliśmy nowe kategorie produktowe…

- Które z ostatnich wdrożeń przyjęły się na rynku najlepiej?

JC: Mamy wrażenie, że przeżywamy drugą młodość, wprowadzając kolejne linie pielęgnacyjne do twarzy. One mocno zwyżkowały - i oby to trwało. W 2019 roku zrobiliśmy relaunch naszych podkładów, co też było bardzo dobrym posunięciem -  opinia o naszych podkładach jest bardzo dobra wśród konsumentek i ekspertek, a to przekłada się na satysfakcjonującą sprzedaż. Teraz zaś wchodzimy w kategorię oczyszczania skóry twarzy. Mamy trzy produkty do oczyszczania twarzy i to kolejny etap rozwoju marki Janda. Bardzo bym chciał, by było to równie udane wprowadzenie jak wspomniane już podkłady.

- No to czas przedstawić absolutną nowość: nową markę: I’m Naturikke. Ten brand zresztą sam się przedstawia;-)

JC: Taki był zamysł. Nasza marka rzeczywiście mówi bezpośrednio, w pierwszej osobie. Przedstawia się, opowiada o sobie. I jak sama nazwa wskazuje jest marką naturalną…

- Czyli i wy w końcu poczuliście zielony boom…

JC: To nie do końca tak, że podążamy ślepo za jakąś modą. Wiele marek, i to dużych, kilka razy do tego nurtu podchodziło. Z różnym skutkiem. Nam też ten pomysł w sumie od dawna kiełkował w głowach.

Trend ewidentnie rósł i umacniał się, wręcz przyspieszał. Myślę, że większości rynkowych graczy dawało do myślenia, jak znaleźć w tym wszystkim przestrzeń dla oferty ich firm?

Bo nie chodzi przecież o to, by powielać to, co już jest. Dobre marki zawsze chcą zaproponować jakąś nową jakość. Równie istotne było również to, by przełamać granicę niszowości. Stworzyć produkty, które będą chętnie kupowane w szerszej skali. Rozmawialiśmy z naszymi klientkami. Chcieliśmy wysondować ich prawdziwe opinie: co sądzą o kosmetykach naturalnych, jakie są ich obawy, jakie oczekiwania?

- I pewnie główne obawy dotyczyły skuteczności kosmetyku…

JC: No właśnie. Tym bardziej, że od początku działalności w centrum naszej uwagi są kobiety dojrzałe. Te panie chcą kosmetyków, które rzeczywiście radzą sobie z niwelowaniem oznak upływającego czasu. Wiele kobiet powątpiewało, czy kosmetyk naturalny poradzi sobie ze zmarszczkami? Były również opinie, że wcześniejsze doświadczenia z kosmetykami naturalnymi nie były najlepsze pod względem przyjemności stosowania: a to zapach był nie taki jak trzeba, a to aplikacja pozostawiała wiele do życzenia…

- Nie zniechęciły Was te negatywne opinie?

JC: Na pewno zmusiły do myślenia. Wiedzieliśmy, że musimy zaoferować coś więcej niż średnia rynkowa. Co będzie naturalne, skuteczne i przyjemne w stosowaniu. Poprzeczka została ustawiona wysoko. Ba, myśmy ją jeszcze podnieśli.

- Jak?

JC: Uznaliśmy, że chcemy, by nasz produkt był kosmetykiem naturalnym, ale jednocześnie profesjonalnym.

- Myśleliście o wejściu w kolejny kanał dystrybucji?

JC: Cały czas mamy to w planach. Kosmetyka profesjonalna jest mi szczególnie bliska i wiedziałem, że prędzej czy później będziemy jako firma rozwijać także ten segment kosmetyków. Okazało się jednak, że życie znów napisało własny scenariusz. Nasz główny partner handlowy, widząc jak dobre udało nam się stworzyć produkty naturalne, zdecydował się o wprowadzeniu marki handlowej do oferty.

I’m Naturikke jest już w sieci Rossmann (także w ofercie online), ale powstanie również profesjonalna wersja tej marki dedykowana salonom kosmetycznym.

- Czy nie obawia się Pan, że Naturikke może odebrać część klientek Jandzie?

JC: Nie przewiduję ryzyka kanibalizacji. Rynek kosmetyczny odpowiada na wiele potrzeb. Mamy lojalne konsumentki marki Janda, ale jest też rosnąca grupa kobiet zainteresowanych kosmetyką naturalną. To będzie więc oferta wzajemnie się uzupełniająca. Poszerzająca nasze dotychczasowe grono klientek. To nie jest przecież jakieś novum w zarządzaniu biznesem kosmetycznym.

Zdecydowana większość korporacji ma kilka marek w ofercie i ta strategia - targetowania różnych brandów do różnych grup klientów – sprawdza się najlepiej. Tak też i my podchodzimy do tego zagadnienia, zakładając, że w przyszłości będziemy firmą wielobrandową.

Na ten moment mamy dwie linie I’m Naturikke – jedna z kwasem hialuronowym do młodszej grupy klientek, druga z koleganem dla pań dojrzalszych. Jest to pełna oferta: krem na dzień, krem na noc, krem pod oczy i maseczki saszetkowe.

- I’m Naturikke nie jest więc Waszym ostatnim słowem?

JC: Pracujemy już nad kolejnym brandem. Być może już w kolejnym roku uda nam się wprowadzić tę markę na rynek, choć oczywiście biorąc pod uwagę okoliczności zewnętrzne, planowanie jest dziś nacechowane pewną dozą ostrożności. Jak widać rzeczywistość wymyka się sztywnym założeniom...

- Wracając jednak do segmentu kosmetyków naturalnych: rozwój przemysłu  kosmetycznego sprawia, że udaje się dziś tworzyć coraz skuteczniejsze kosmetyki naturalne…

JC: To prawda. Ten segment mocno się rozwija. Firmy surowcowe przez lata mocno inwestowały w rozwój surowców technologicznych.

Teraz naprawdę olbrzymie środki idą w badania i rozwój surowców naturalnych i pochodzenia naturalnego. W efekcie mamy jako producenci kosmetyków dostęp do coraz większej puli ciekawych, skutecznych i nowatorskich rozwiązań naturalnych.

Dalej już wiele zależy od naszych umiejętności technologicznych, kreacyjnych, koncepcyjnych. Wiem, że pracowaliśmy nad tą marką długo. Zależało mi jednak, by wystartować z czymś naprawdę wysokiej jakości. Bez zabawy w półśrodki i kompromisy.

- Zanim duże firmy i koncerny na dobre weszły w zielony segment, ten zdominowany był przez niewielkie, młode firmy, czasem wręcz manufaktury. Niektóre zresztą fajnie się rozwinęły przez kilka ostatnich lat. Na pewno braliście i tę część rynku pod lupę. Nie kusiła Was na przykład akwizycja którejś z „gotowych” już marek.

JC: Patrzę z uznaniem na młodych ludzi, rozwijających swoje marki kosmetyczne. Oferta polskich producentów naturalnych naprawdę wygląda interesująco.

Jednak nasza filozofia zakłada tworzenie własnych marek. To jest coś, co nas kręci. Mamy w tym kompetencje, z tej pracy czerpiemy radość.

Tworzenie czegoś od zera jest nieprawdopodobnie satysfakcjonujące. Nie jesteśmy firmą nastawioną na pionowy wzrost i zdobywanie kolejnych cyfr. Organiczny rozwój jest nam zdecydowanie bliższy. Nauczyłem się nigdy nie mówić nigdy. Na razie żadnych akwizycji nie planuję. Jesteśmy zresztą na takie działanie zbyt małą firmą, ale też nie będę tego kompletnie wykluczał jakiegoś połączenia, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość…

- To prawda. Na razie jesteśmy na etapie nowej marki I’m Naturikke. Obraz mówi więcej niż tysiąc słów. Może pokażemy zatem Wasz film, który oddaje to, co bliskie marce?

JC: Zdecydowanie. To jest właśnie klimat marki I’m Naturikke. Zapraszam do jej odkrywania.


Rozmawiała Lidia Lewandowska, Wirtualne Kosmetyki

# Wywiady i opinie
reklama