Melli Care: wsparcie środkami unijnymi jest ważne, ale eksport wiąże się z wieloma innymi kosztami, których dotacje nie pokrywają
Melli Care: wsparcie środkami unijnymi jest ważne, ale eksport wiąże się z wieloma innymi kosztami, których dotacje nie pokrywają

Aleksandra Matysiak, właścicielka Melli Care:

Nasza przygoda z eksportem dopiero się rozpoczyna. Korzystamy z dofinansowania Go to Brand, które jednoznacznie narzuca nam sposób spożytkowania tych środków.

Musimy promować markę za granicą poprzez udział w imprezach targowych. Jest to z jednej strony niebywała możliwość dla małej firmy, aby wychylić nosa poza Polskę, nieraz bardzo daleko, dokąd bez wsparcia środków unijnych z pewnością nie pojechalibyśmy. Z drugiej strony świat tak poszedł do przodu, że można by te środki spożytkować w kompletnie inny sposób, gdyż rynek to taka globalna wioska.

Niektóre koszty kwalifikowalne, określone kilka lat temu, dzisiaj nie mają takiego znaczenia (a wręcz są zbyteczne), ale umowa obliguje nas do ich generowania.

Poza tym pokazanie się na rynku zagranicznym to dopiero pierwszy, maleńki krok. Jeśli uda się kontrahenta zagranicznego zainteresować swoim produktem i dograć kwestie finansowe oraz warunki współpracy, to zaczyna się etap legislacyjny, związany z wdrożeniem produktu na dany rynek i zabezpieczeniem go wszelką wymaganą dokumentacją. Nie zapominajmy, że my - od momentu bycia członkiem UE - mamy to poukładane jak w pudełku.

Dostosowujemy nasze polskie przepisy do przepisów obowiązujących w całej Unii Europejskiej, ale to, czego wymagają rynki odległe, na przykład azjatyckie czy amerykański, to zupełnie inna bajka, której kosztów nie pokrywa wspomniany program unijny.

Z tym problemem musi się przedsiębiorca zmagać na własną rękę, a bywa to kosztowane, czasochłonne i wymagające elastyczności i szybkiego reagowania. Największą siłą firm polskich jest jakość produktu i kreatywność nasza w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu. Tworzymy produkty dobre i pięknie je podajemy. Cena już niekoniecznie musi być naszą mocną stroną.

Problemem jest też fakt, że różne rynki mają różne oczekiwania, różne trendy, np.: zakazany u nas od 1. lipca 2019 claim o parabenach, jest na niektórych rynkach niezbędny, żeby produkt znalazł zainteresowanie.

Dlatego zawsze powtarzam, że to, co na naszym polskim rynku jest must have, niekoniecznie musi być pożądane na innej stornie globu.

Kreowany u nas trend K-Beauty niekoniecznie funkcjonuje w Korei. Opakowanie plastikowe, u nas niemile widziane, jest jedynym akceptowalnym przez kontrahenta oddalonego od nas o dziesiątki tysięcy kilometrów.

Dlatego chłodna ocena realiów i zdrowy rozsądek zawsze będą w cenie. Róbmy swoje, róbmy to dobrze, a znajdziemy dla siebie rynek. Najgorsze, co widzę u polskich firm to kopiowanie pomysłów sąsiada. Zarówno, jeśli chodzi o design, jak i dobór składników. Spodziewam się, że po arganie, węglu i śluzie ślimaka najbliższy sezon opanuje temat konopi - na rynku amerykańskim tych propozycji było niemal do znudzenia:-)

# Eksport
reklama