Anna Rutkowska-Didiuk, współwłaścicielka Mokosh Cosmetics: W późniejszych latach - tak. Z firmą, kiedy się ją zakłada, jest tak, że najpierw jest ten cudowny okres niemowlęctwa biznesu: dynamiczny startup z niesamowitą energią, ale nie do końca poukładanymi procesami - tak trochę „na hura”. Mokosh wystartował z ogromnym zaangażowaniem, nie tylko moim i wspólniczki, ale też pierwszych ludzi, którzy dołączyli do naszego zespołu.
Jest taki jeden moment w firmie, rzadko kiedy jednak - co może śmieszne - przedsiębiorcy to zauważają, gdy firma staje się już tzw. firmą pełnoletnią. I ta pełnoletność oznacza, że musimy zacząć się przyglądać procesom, procedurom... Musimy już wszystko strukturalizować, opisywać, bo za dużo robi się wątków i za dużo jest składowych biznesu, żeby to ogarnąć takim typowym startupowym stylem zarządzania. Co bym więc zrobiła wcześniej? Na pewno wcześniej bym dostrzegła, że Mokosh jest już firmą pełnoletnią. Czyli to był taki typowy błąd, sytuacja, z którą często mierzą się przedsiębiorcy: dostrzeżenie na czas, że firma wymaga opisania procedur, procesów, zarządzenia poprzez profesjonalną kadrę menadżerską, czyli ułożenia wszystkiego w taki dojrzały sposób.
Zorientowałam się, że już był (śmiech). Trochę więc musieliśmy pewne rzeczy ponaprawiać. To było jakieś pięć, sześć lat po rozpoczęciu działania naszej firmy. Wychodzi na to, że ten moment pełnoletności dla każdej firmy przychodzi w trochę innym czasie, a w przypadku Mokosh zdarzył się wcześniej niż zakładałyśmy. Powinnyśmy były to wyłapać i zauważyć. (...) Pomogło nam trochę, że w tamtym czasie obie ze wspólniczką byłyśmy na studiach MBA i pewne kwestie zostały nam po prostu uświadomione. Zaczęłyśmy więc nad zmianami w firmie pracować, włączyłyśmy w układanie tych wszystkich procesów kadrę menadżerską. Trochę za późno, ale lepiej późno niż wcale. Teraz wszystko na szczęście działa jak powinno.
źródło: Sekret marki Mokosh - za co kochają ją klientki?