Błyszczyk przy telefonie, róż przypięty do torebki, puderniczka w roli klamry paska. Marki kosmetyczne są coraz bardziej widoczne w codziennych stylizacjach. Sam produkt staje się dodatkiem, który konsumentka chętnie pokazuje. W angielskim ma to już swoją nazwę: wearable cosmetics.
Można więc śmiało powiedzieć, że konsumentka z własnej woli staje się chodzącą reklamą marki. Taka promocja - szczególnie z perspektywy producenta - ma same zalety - jest naturalna, wiarygodna i trudno ją przegapić.
Merch pozwala marce kosmetycznej wyjść poza własną kategorię. Ręcznik, kosmetyczka czy torba przenoszą jej logo w kolejne miejsca. Teraz część firm idzie dalej i projektuje sposób noszenia samego kosmetyku. Opakowanie, uchwyt i zawartość mają tworzyć jeden przedmiot, który równie dobrze sprawdza się podczas poprawiania makijażu, jak na zdjęciu. Przykład case'u Rhode z miejscem na lip balm pokazuje, jak można wykreować nową, nieistniejącą wcześniej potrzebę. A jak doda się do tego limity pewnych wariantów kolorystycznych - efekt FOMO gwarantowany.
Coraz więcej marek tworzy dziś świadmie takie wearable kolekcje: estetyczne kosmetyczki z minisami, które niczym charmsy dyndają przy torebce czy efektowne etui na szminkę z wyraźnym logo marki kosmetycznej.
Kiedyś gadżety związane z marką trafiały głównie w PR-giftach do influencerek. Dziś często dostępne są w sklepie internetowym marki lub na jej półce w Sephorze czy Douglasie - trafiając do najwierniejszych fanów brandu.
Kosmetyk jako element stylizacjiEmily Jensen opisuje ten kierunek w Glossy, przywołując zarówno marki rozwijane w mediach społecznościowych, jak i domy mody. Wśród przykładów znalazły się produkty Givenchy wykorzystane na wybiegu jako elementy stylizacji: puderniczki zamienione w klamry pasków, a szminki pełniły funkcję ozdób do włosów.
Oczywiście w powyższym przypadku bardziej był to pewien teatralny koncept z wybiegu, ale kierunek ewidentnie jest wskazany. Kosmetyki nie muszą ograniczać swojej przestrzeni do łazienki czy toaletki.
Jeszcze bardziej wiralowym produktem okazał się jednak tej jesieni Dior Médaillon Lip Balm. To jeden z produktów świątecznej kolekcji marki na 2026 rok. Balsam do ust za 95 usd zamknięto w efektownym, złotym medalionie w stylu retro, inspirowanym klasycznymi krzesłami Diora w stylu Ludwika XVI.
Metalowe opakowanie otwiera się poprzez obrót o 360 stopni, odsłaniając balsam w odcieniu 001 Crystal Pink, który nadaje ustom transparentny połysk z opalizującymi drobinkami. Do zestawu dołączono również specjalną naklejkę umożliwiającą przymocowanie medalionu do etui telefonu. Internautki znalazły dla niego kolejne zastosowania – przewiązują opakowanie wstążkami i noszą je jako zawieszkę do torebki, a nawet naszyjnik.
Produkt szybko znika z oficjalnego sklepu Diora i Sephory, a na platformach odsprzedażowych, takich jak eBay czy Poshmark, pojawiają się oferty w cenach od 110 do 225 usd. To kolejny przykład kosmetyku, w którym samo opakowanie staje się niemal równie pożądane jak jego zawartość. Dior sprzedaje nie tylko balsam do ust, ale również modny dodatek, który można eksponować długo po zużyciu produktu.
Tło tej zmiany wyjaśnia cytowana przez Glossy Mathilde Riba, menedżerka ds. analiz rynku beauty w agencji Spate: „Media społecznościowe sprawiły, że prywatne rytuały - pielęgnacja twarzy, ciała, używanie perfum, higiena jamy ustnej i inne - stały się publiczne, widoczne w naszych feedach”.
Noszenie kosmetyków przy telefonie czy torbie przenosi tę samą logikę poza ekran. Wybór marki staje się widoczny również w kawiarni, na uczelni czy podczas zakupów.
Telefon ma jeszcze trochę miejscaEtui Rhode pokazało, jak sprawnie można połączyć kosmetyk z przedmiotem, który niemal bez przerwy trzymamy w dłoni. I właśnie telefonowe case'y są tą grupą produktów, które marki kosmetyczne szczególnie lubią personalizować pod siebie. Pod koniec października w sprzedaży pojawi się efekt współpracy Fenty Beauty z Casetify - będzie to, m.in. etui na smartfon mieszczące błyszczyk oraz puder. To już próba zbudowania małego zestawu do poprawek makijażu wokół telefonu.
Nanette Wong, globalna wiceprezeska ds. komunikacji marketingowej Fenty Beauty Brands w Kendo, tak opisała proponowany zestaw: „Wystarczą ci błyszczyk, puder Invisimatte, telefon i pasek”. Przekaz jest prosty: można wyjść z domu z niewielkim zestawem, a wszystko ma swoje miejsce.
Jak widać dziś marki kosmetyczne podejmują walkę nie tylko o prymat pierwszeństwa w kosmetykach, ale gadżetach podbijających widoczność marki w przestrzeni publicznej.
Widoczna przynależnośćKosmetyki mają pewną marketingową trudność: efekt ich użycia często nie zdradza producenta. Trudno rozpoznać markę pudru czy szminki na czyjejś twarzy. Można mieć zwykły odkażacz do dłoni, a można mieć personalizowany produkt Touchland.
Akcesoria pozwalają pokazać wybór, który wcześniej pozostawał dyskretny. Dziś - przeciwnie - gadżety kosmetyczne stają się nieodłączną częścią dekoracji torebki czy kontrolowanego nieładu na biurku. Etui z logo czy przewieszka do torebki to zdaniem wielu - praktyczna ozdoba. Ale i pewien manifest, z którą marką nam po drodze.
Pionierem takiego właśnie podejścia do marketingu była marka Glossier. Bluzy, naklejki, czapki z daszkiem z logo marki miały wskazywać na przynależność do pewnej społeczności, której estetyka była bliska wielkomiejskim millenialkom.
Ten element ma znaczenie, bo konsumentka sięga po kosmetyk, kierując się nie tylko potrzebą czy ceną, ale czasem określoną estetyką właśnie czy czymś co górnolotnie nazywa się filozofią marki. Jeśli marka jest niezwykle popularna, to wszelkie gadżety, które zaproponuje, będą częścią i realnego życia konsumentów, i trafią na ich sociale. Bo przecież idealnie można zestawić krem nawilżający i bidon z wodą otagowany marką, by całość tworzyła Instagramowy obrazek.
Marki zresztą nie muszą działać w pojedynkę. Dziś coraz częściej są to po prostu efekty współpracy firm z dwóch branż, które mogą znaleźć wspólny mianownik - podobną estetykę, wspólną grupę odbiorczyń i pomysł na produkt, który oba brandy może świetnie spinać.
Przykład? Rare Beauty i BÉIS wspólnie spakowały kosmetyki w podróż, oferując walizki, torby i kosmetyczki. Kolekcja wyprzedała się w ekspresowym tempie, powodując zawód i smutek wśród tych, którzy nie załapali się na zakup różowej walizki. Tym badziej, że influencerki już od ładnych paru tygodni nagrywały z tymi produktami rolki na lotniskach (bliźniaczo podobne, pewnie taki był brief).
Kolaboracja nie musi istnieć, żeby wzbudzić pożądanieAle czasem do rozbudzenia apetytu wystarczy sam obrazek. Wygenerowane przez AI kalosze Hunter z uchwytem na produkt do ust Rhode nie były prawdziwą kolaboracją, tylko pewną satyrą z systemu nadkonsumpcji. Okazało się jednak, że duża część internautek gotowa była je kupić. Najwyraźniej błyszczyk przy telefonie zdążył nas oswoić z myślą, że powinien być zawsze pod ręką. A przy nodze? Jak widać, również znajdą się chętne. Marki dostały przy okazji darmowy pokaz tego, jak szybko sympatia do ich logo potrafi zamienić nawet dość absurdalny pomysł w obiekt pożądania.
Beauty znalazło dla siebie kolejne miejsce: przy telefonie, butelce, w roli praktycznego charmsa torebki. Gdy marka jest popularna, a sam gadżet porządnie wykonany i naprawdę praktyczny, obie strony mogą stwierdzić, że to klasyczne win-win. Kierunek będzie się tylko kreatywnie rozwijać, jak sądzę. Tylko czy nie zmierza to wszystko w kierunku rozbudzania nadkonsumpcji?
Bo i takich krytycznych zdań przybywa w tym temacie. Jeśli każda miniatura wymaga osobnego etui, zawieszki i sezonowego koloru, to łatwo cała ta idea zamienia się w zwyczajne zasypywanie rynku tonami produktów, na które wygenerowano marketingowy hype. Już dziś coraz częściej słychać o hipokryzji i minimalism-washingu marek z obszaru clean beauty i estetyki minimalizmu, które z limitowanych kolekcji, dodatków, gadżetów i dropów generują potężne zyski.
Lidia Lewandowska, Wirtualne Kosmetyki
━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━━