Żyłam sobie tym życiem w fashion, karmiłam się nim bardzo długo – chyba z 15 lat. Ale przyszedł moment, w którym pojawiły się dzieci – założyliśmy rodzinę. Wtedy inne klapki zaczęły mi się w głowie otwierać. Że trzeba zdrowo, naturalnie żyć, że fajnie wziąć marchewkę z ogrodu mamy, że dzieci muszą wyjeżdżać na wieś, by miały zielono i nie siedziały tylko w mieście, w smogu.
Poczułam, że fashion to już nie jest ta jedna, jedyna rzecz w moim życiu. Tym bardziej, że to jest wielki świat, ale ten świat - przynajmniej na polskim rynku - to ciężka praca. Organizacja sesji, wyjazdy, zarywanie nocy, challengowanie się z bohaterem. Po tych 15 latach czułam, że jako stylistka doszłam do ściany. Czułam, że na moim levelu niewiele więcej już mogę zrobić. (…)
Pojawiły się inne wartości, co innego zaczęło być dla mnie ważne. Chciałam po prostu wrócić do domu i być z moimi dzieciakami. Mieć możliwość wyjechania na wakacje i spędzenia czasu z rodziną. Mój mąż miał firmę produkcyjną. I to on przyszedł do mnie z pomysłem: „Słuchaj, może byśmy zrobili mydła?”. „Jakie mydła? Co za mydła??? Nie zawracaj mi głowy. Ja tu robię wielkie sesje!”. (śmiech).
Dzieciństwo na Pomorzu, dorosłość w fashion i potem kolejny etap – rodzina i odpowiedzialność za nią. Moja pensja stylistki nie była tak wspaniała, by samemu z powodzeniem ją utrzymać. I wtedy mąż mówi o tych mydłach. Nie wiedziałam, co dalej, ale wiedziałam, że jeśli mamy je rzeczywiście robić, to mają być naturalne. W sklepach były takie, ale kosztowały jakieś 50 zł. Za drogo! Albo mydła naturalne ze sklepów ekologicznych: ani nie pachną, ani nie wyglądają ładnie...
Powiedziałam: „Zróbmy więc takie mydło, które ja sama chciałabym kupić. Będzie pachnieć, będzie naturalne, będzie ładnie wyglądać”.
Trochę ciągnęłam tę końcówkę na dwie nogi, bo nie wiedziałam, czy mi się uda. Czy mam się naprawdę z tamtym życiem żegnać? A co będzie, jak odejdę z pracy, a biznes się nie wypali? Każdy ma w życiu takie rozterki. Nigdy wcześniej nie prowadziłam firmy. Nie wiedziałam, w co idę. Byłam rozdarta, ale w środku wiedziałam, że muszę iść naprzód. (…) Koleżanki testowały te nasze produkty i mówiły: „Kukla, świetne są, rób te mydła!”. No to robiłam. (śmiech)
Mydła dwa lata nie sprzedawały się, stały na magazynie. W końcu po tych dwóch latach coś ruszyło. W każdym biznesie, w każdym życiu, każdy zalicza jakiś falstart. Jak się patrzy już na końcówce, to można powiedzieć: „Tej to się udało!”. Oczywiście: udało się, jest super - i jestem przeszczęśliwa z tego powodu, ale to nie jest za nic. Pracujesz na to. Przez dwa lata było naprawdę trudno. Nie wiedzieliśmy, czy to się rozwinie. I ja wtedy pracowałam na takie dwie nogi.
Ale gdy weszliśmy do pierwszej sieci – to była nieistniejąca już Alma – byłam bardzo zmęczona. Praca, biznes, dzieciaki, dom – wtedy już wiedziałam: wóz albo przewóz. Los powiedział: „Stawiaj na siebie, idź do przodu”. Oczywiście jest to niewiadoma, wiąże się z tym jakiś większy lęk, strach… Ale gdy czujesz, że w jakimś miejscu już nie zrobisz żadnego kroku do przodu, to idź dalej. Mam w sobie coś takiego, że ja muszę stawiać te kroki do przodu. One mnie napędzają. Ja to lubię. Lubię czuć, że idę. Mózg, intelekt, kreatywność muszą być podsycane.
Teraz w portfolio Yope mamy tysiąc produktów. Jestem dumna z mydeł, bo były pierwsze i udowodniły, że możemy iść dalej. Potem naturalnie przyszły shower gele - jesteśmy marką, która z pachnącymi żelami właśnie się kojarzy. Jestem dumna z naszej serii Skincare Inspired. To nowa linia żeli do mycia ciała dostępna w sieci Rossmann. To już jest coś więcej niż tylko piękny zapach, bo zawierają składniki zaczerpnięte z filozofii facecare’owej. Ta linia rzeczywiście cieszy się powodzeniem. Ostatnim moim konikiem jest seria Waterfully, czyli pielęgnacja twarzy z kwasem poliglutaminowym. I z niej też jestem dumna, że Yope – marce znanej z mydeł i żeli do ciała - udało się wejść w kategorię facecare’ową. Wszyscy mówili mi o tym pomyśle: nie, to się nie uda. W badaniach też wychodziło, że konsument utożsamia markę tylko z tamtymi kategoriami. Więc przekaz był: „Nie idź, nie rozwijaj się”. Tylko, że to wbrew mojej naturze.
Od dziecka idę swoją drogą. Waterfully udowodniliśmy, że możemy być w nowej kategorii. To rzeczywiście jest trudne ze świadomości konsumentów przejść z żeli i mydeł do pielęgnacji do twarzy. Postanowiłam udowodnić jednak, że to możliwe - jakością produktów. I ten kwas poliglutaminowy robi naprawdę dobrą robotę. Wszyscy znamy kwas hialuronowy, ale kwas poliglutaminowy ma pięć razy silniejsze działanie. Zdecydowałam się zrobić tę linię na haśle nawilżania, bo uważam, że nawilżanie to jest takie nowe longevity, o którym teraz tak wiele się mówi. Dobrze wypielęgnowana, nawodniona skóra po prostu długo dobrze wygląda.