Anna Rutkowska-Didiuk, współwłaścicielka Mokosh: Jak się mierzyć, to z najlepszymi. A tak serio – na ten rynek weszliśmy kilka lat temu, bo naszym zdaniem była tam luka rynkowa, w którą nasze produkty idealnie się wpisywały. Azjaci mają doskonałe rozwiązania do pielęgnacji twarzy, za to jeśli chodzi o ciało, to – przynajmniej wtedy – raczej nie było zbyt wielu produktów specjalistycznych i zaawansowanych. I dlatego uznaliśmy, że to miejsce dla nas. Cały czas rozszerzamy tam swoje portfolio, ale ograniczamy się do ciała.
One doceniają jakość i skuteczność. A nasze produkty, oprócz przyjemnego zapachu czy konsystencji, mają potwierdzoną badaniami skuteczność, bo na rynek wypuszczamy tylko takie formuły, które dają efekt salonowych kuracji, ale są bezpieczne do stosowania w domu. (...)
Japonia – to miejsce, gdzie Chopin i Wałęsa zrobili nam doskonały marketing i Polska dobrze się tu kojarzy. Ale dobre skojarzenia to za mało, by zrobić dobry biznes.
… tak, ale w Azji jesteśmy oldskulem. Trochę żartuję, ale nasze szklane słoiczki postrzegane są tam jako prestiżowy vintage – coś na wskroś europejskiego, a tym samym bardzo pożądanego. Ich kosmetyki są w opakowaniach z plastiku, czasem bardzo nowoczesnego, więc taka „stara europejska szkoła” kojarzy się z czymś niesamowicie oryginalnym.