Tarte Cosmetics wprowadziło właśnie na rynek sztyft do konturowania. Nic przełomowego, choć sam produkt rzeczywiście zbiera dobre opinie. Ale podobnych do niego jest przecież na rynku sporo.
A jednak ta nowość nie przeszła bez echa. Powód? Kontrowersyjna kampania, która towarzyszy premierze.
Od dawna mam wrażenie, że agencje marketingowe w swojej pomysłowości przekraczają czasem granice dziwności. Influencerki też raczej nie oponują przed współpracami, nawet gdy już sam scenariusz powinien zapalać czerwone światełko.
Marka wysłała do influencerek paczki produktowe, w których mogły znaleźć nie tylko wspomniany Snatch Stick, ale też swoje zdjęcia z rozrysowanymi liniami sugerującymi, które obszary twarzy wymagają operacji plastycznej. Taki żart: no dobra, tu czy ówdzie mógłby zadziałać chirurg, ale jakby co, mamy dla ciebie kosmetyk, z którym zrobisz operację makijażem.
Część influencerek była zresztą zapraszana na indywidualne konsultacje do „Glambulance’a”. Tam czekała na nie ekipa marki odziana w lekarskie i pielęgniarskie kitle. Wystarczyło tylko położyć się na medycznym łóżku i poddać transformacji.
Oj tak. Influencerki, które przyjęły zaproszenia i pokazywały paczki w swoich socialach, były wyraźnie rozbawione. Przecież to świetny pomysł, by pokazać możliwości kosmetyku. Podkreślały nawet, jak trafnie marka wskazała na ich twarzach miejsca do poprawki. Mały trik makijażowy i nos może być jak u Barbie, kości policzkowe mocniej zaznaczone, a żuchwa nabiera pożądanego kształtu.
Przecież to dobrze znany wszystkim contouring. Technika, którą konsumentki i makijażystki stosują od lat. O co więc afera?
A może jednak to dość opresyjna kampania, dziewczyny…Najlepiej kampanię podsumowywały komentarze i rolki nagrywane w opozycji do niej. Wiele kobiet poczuło się dotkniętych tym, że marka kosmetyczna narzuca określone standardy piękna. Niby deklaratywnie biznes kosmetyczny od tego odchodzi, niby inkluzywność, niby ciałopozytywność, a finalnie jednak sączy się presja, by zmieścić się w pewnym kanonie.
Kanonie, który i tak przebija z sociali. Wystarczy popatrzeć, jak wiele celebrytek i influencerek wygląda dziś jak spod jednej sztancy. Ten sam wzór na nos, policzki, usta. Kiedyś znane osoby częściej szły w zaprzeczenia. A to odmieniła je dieta, a to makijaż czynił cuda. Dziś o wiele bardziej otwarcie przyznają się do ingerencji chirurgicznych i medycyny estetycznej.
Ta siła narracji i piękno od skalpela mogą wpędzać rzesze kobiet w kompleksy. Do tego przekaz nie jest spójny, bo z jednej strony celebrytki przekonują, że warto się doceniać i kochać, a z drugiej jednak ich praca wymaga, by naturze dopomóc, a czas przechytrzyć.
Teoretycznie większość użytkowników deklaruje, że z dystansem podchodzi do tego, co widzi w socialach. Wiadomo: wszystko jest tu upudrowane, upiększone, idealne. Jednak codzienne zderzenie zwyczajnego życia i zwyczajnej urody normalnych kobiet z wizerunkiem gwiazd social mediów powoduje pewien rozjazd.
O ile pewnie jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć, że osoba publiczna, dla której wizerunek jest ważną częścią pracy, z czasem obok kremu sięga po botoks czy decyduje się na spotkanie z chirurgiem, to niebezpiecznie robi się wtedy, gdy coraz młodsze influencerki relacjonują swoje historie operacji plastycznych. Na lifting, blefaroplastykę i inne zabiegi mające zwalczać skutki upływu czasu decydują się już dwudziestoparolatki.
Jest jak jestTaka jest więc aktualna normalność z Instagrama. Przykre jednak, że marka kosmetyczna pośrednio wspiera tę niechęć do własnego ciała, twarzy czy wieku. Wysłanie zdjęcia z „mapą” twarzy i zaznaczonymi obszarami do poprawki jest po prostu nieakceptowalne, co podkreśliło zresztą kilka użytkowniczek, które odważyły się skrytykować ten PR-owy gift.
To jak powiedzenie komuś prosto w twarz: nasza marka uważa, że musisz coś w sobie poprawić, więc dajemy ci nowe narzędzie.
Tylko naprawdę? Jest rok 2026 i wciąż wracamy do starej śpiewki: „musisz”, „jesteś niewystarczająca”, „jesteś niedoskonała”? Kuriozalne w tym wszystkim jest jeszcze to, że większość kobiet, które wzięły udział w kampanii to naprawdę piękne dziewczyny. Jak więc mają poczuć się te zupełnie przeciętne obserwatorki? Czy ta poprzeczka idealności nie wisi już naprawdę zbyt wysoko?
A może to po prostu stara i sprawdzona strategia Tarte: nieważne, co mówią, byle po nazwisku. Marka oberwała już w komentarzach za wysyłanie influencerek na niebotycznie drogie brand tripy. Zresztą sam dobór uczestniczek tych wyjazdów też był szeroko komentowany. Teraz jest głośno o Snatch Sticku. I pewnie przełoży się to na sprzedaż, bo o kampanii zrobiło się na tyle głośno, że część konsumentek sięgnie po produkt ze zwyczajnej ciekawości.
Marketing robiony na kompleksach ma się, jak widać, wciąż dobrze.