W tym roku so!flow obchodzi swoje 5. urodziny. Wróćmy więc do 2021 roku, kiedy marka dopiero wchodziła na rynek. W jakich okolicznościach powstała i co od początku miało wyróżniać ją na tle konkurencji?
Wszystko zaczęło się w dość szczególnym momencie. Trwała pandemia, lockdowny zmieniły naszą codzienność, a dom stał się nie tylko miejscem pracy i odpoczynku, ale też przestrzenią, w której zaczęliśmy poświęcać więcej czasu sobie. Pielęgnacja coraz częściej była czymś więcej niż codziennym obowiązkiem. Stała się sposobem na relaks, poprawę nastroju i chwilę przyjemności. I właśnie w takich realiach narodziło się so!flow.
Pomysłodawczynią marki była Dorota Topolska, współzałożycielka Vis Plantis, która chciała stworzyć coś więcej niż kolejną linię kosmetyków do włosów. Od początku miała jasną wizję: kosmetyki mają być skuteczne, przyjemne w stosowaniu dzięki dopracowanym konsystencjom i zapachom, a jednocześnie wyróżniać się energetyzującymi opakowaniami. To właśnie te trzy filary stały się DNA so!flow i do dziś pozostają fundamentem marki. Chcieliśmy, aby każdy rodzaj włosów mógł otrzymać odpowiednio dopasowaną pielęgnację w domowym zaciszu, a codzienne rytuały nie tylko przynosiły widoczne efekty, lecz także poprawiały nastrój i wnosiły do codzienności pozytywną energię. Stąd nazwa so!flow, nawiązująca do dobrego samopoczucia, harmonii i odnajdywania własnego rytmu.
Energetyzujące kolory opakowań od początku były jednym z naszych największych wyróżników. W 2021 roku na drogeryjnych półkach nie było jeszcze takiej eksplozji kolorów, jaką obserwujemy dzisiaj. My postawiliśmy na pastele, holograficzne detale i wyrazisty design. Chcieliśmy, żeby so!flow przyciągało wzrok i miało własny, rozpoznawalny charakter. I to się udało. Dziś podobne rozwiązania są już na rynku powszechne, ale pięć lat temu pozwoliły nam wyróżnić się na tle konkurencji.
Opakowania przyciągały uwagę, ale równie dużo energii włożyliśmy w to, co kryło się w środku. Postawiliśmy na skuteczne receptury, które przynoszą oczekiwane efekty, oraz dopracowane zapachy i konsystencje, dzięki którym po kosmetyki chce się sięgać każdego dnia. Produkty wzajemnie się uzupełniały, tworząc spójny rytuał pielęgnacyjny. Wszystko miało ze sobą współgrać: działać, dawać przyjemność podczas stosowania i wprowadzać dobre flow, od którego wszystko się zaczęło.
W ciągu pięciu lat so!flow zbudowało silną pozycję na rynku kosmetyków do włosów. Jakie decyzje biznesowe miały największy wpływ na rozwój marki? Czy z perspektywy czasu jest coś, co zrobilibyście inaczej?
Myślę, że jedną z naszych najlepszych decyzji było zainwestowanie w edukację konsumentek i pokazanie im pielęgnacji włosów z zupełnie innej perspektywy. Dostrzegliśmy ogromny potencjał w pielęgnacji skóry głowy i chcieliśmy budować świadomość tego, jak wiele może zmienić jej odpowiednie oczyszczanie i pielęgnacja. Zależało nam na tym, aby konsumentki lepiej rozumiały potrzeby swoich włosów i skóry głowy oraz potrafiły świadomie dobierać produkty do codziennej pielęgnacji.
Jednym z pierwszych produktów so!flow był peeling trychologiczny, który z czasem okazał się jednym z naszych bestsellerów. Dzisiaj nazywam go cichym bohaterem początków so!flow, chociaż patrząc na zamieszanie, jakie wywołał, z tą ciszą nie miał wiele wspólnego. Zainteresowanie produktem przerosło nasze oczekiwania. Zamówienia napływały w takim tempie, że momentami nie nadążaliśmy z produkcją. Zaskoczyliśmy nie tylko samych siebie, ale nawet naszych dostawców! Oczywiście, takich problemów życzyłbym każdej młodej marce. To był dla nas bardzo wyraźny sygnał, że konsumentki są gotowe na bardziej świadome podejście do pielęgnacji i szukają produktów odpowiadających na konkretne potrzeby. Dlatego właśnie w tym kierunku zaczęliśmy rozwijać markę.
Równie istotną decyzją biznesową było wejście z pierwszą linią so!flow do sieci Rossmann. To był moment, w którym marka naprawdę mogła rozwinąć skrzydła. Zyskaliśmy szeroką dystrybucję, dotarliśmy do zupełnie nowych konsumentek, a rosnąca sprzedaż otworzyła nam możliwości dalszego inwestowania w rozwój portfolio. Co ważne, mogliśmy też przeznaczać większe środki na edukację, która od początku była jednym z filarów naszej strategii. I tak jedno napędzało drugie: edukacja budowała świadomość i zainteresowanie produktami, a rozwój sprzedaży pozwalał nam docierać z nią do coraz szerszego grona odbiorczyń. To właśnie ten mechanizm odegrał ogromną rolę w budowaniu pozycji so!flow na rynku.
A co zrobilibyśmy inaczej? Nie jestem zwolennikiem rozpamiętywania decyzji. Oczywiście, po drodze nie brakowało niespodzianek i sytuacji, w których trzeba było błyskawicznie reagować. Ale każda z tych decyzji czegoś nas nauczyła. Dziś mamy pięć lat doświadczeń więcej, a wszystkie wyzwania, sukcesy i zdobyte po drodze lekcje ukształtowały markę i doprowadziły nas do miejsca, w którym jesteśmy.
Za rozwojem każdej marki stoją nie tylko strategiczne decyzje, ale również nieprzewidziane sytuacje, które wymagają szybkiego działania. Czy z tych pięciu lat szczególnie zapadła Panu w pamięć jakaś historia, która dziś wywołuje uśmiech?
Oj, takich historii moglibyśmy opowiedzieć naprawdę sporo! Jedna z moich ulubionych dotyczy sytuacji, w której nasz dyrektor działu zakupów był o krok od lotu do Barcelony po kilka kilogramów składnika aktywnego niezbędnego do produkcji kosmetyków.
Pracowaliśmy wtedy nad wdrożeniem nowości. Wszystko dopięte, terminy ustalone, sieć handlowa czeka na dostawę, a my jesteśmy gotowi do uruchomienia produkcji. No, prawie gotowi. Brakowało nam składnika aktywnego, który utknął gdzieś w łańcuchu dostaw w Barcelonie. Czas uciekał, telefony się urywały, a my mieliśmy już nerwy na włosku.
W końcu ktoś rzucił: „A może po prostu po niego polecimy?”. I to wcale nie był żart! Kupiliśmy Wojtkowi, naszemu dyrektorowi działu zakupów, bilet z Krakowa do Barcelony. Plan był prosty: poleci, odbierze surowiec i wróci z nim do Polski. Ekspresowa misja ratunkowa! Wojtek stał już w kolejce do odprawy, kiedy nagle dostaliśmy wiadomość, że brakujący surowiec jest już w drodze do Polski! Rozpoczęła się więc kolejna akcja ratunkowa, tym razem pod hasłem: „Wojtek, nie wsiadaj do samolotu!”.
Dziś śmiejemy się, że Wojtek był o krok od najbardziej nietypowej delegacji w historii naszej firmy. Ale ta historia świetnie pokazuje też, ile pracy, zaangażowania i determinacji kryje się za każdym produktem, który trafia na drogeryjną półkę. To efekt wysiłku całego zespołu, który potrafi zrobić naprawdę wiele, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nawet jeśli w poszukiwaniu rozwiązania trzeba byłoby polecieć aż do Barcelony!
Przez ostatnie pięć lat zmienił się nie tylko rynek kosmetyczny, ale również podejście konsumentek do pielęgnacji włosów. Jakie zmiany w ich oczekiwaniach obserwujecie i w jaki sposób wpływają one na rozwój portfolio so!flow?
Myślę, że potrzeby konsumentek najlepiej analizować przez pryzmat tego, jak zmienia się ich codzienność. Bo choć jedno pozostaje niezmienne – każda chce mieć zdrowe, zadbane włosy i widzieć efekty pielęgnacji – to sposób, w jaki chcą te rezultaty osiągać, wyraźnie ewoluuje. Wpływają na to tempo życia, przyzwyczajenia i zmiany zachodzące w otaczającej rzeczywistości. A ostatnie pięć lat jest tego doskonałym przykładem.
Wróćmy na chwilę do 2021 roku, w którym powstała nasza marka. Pandemia sprawiła, że wiele osób miało więcej czasu na eksperymentowanie z pielęgnacją. To był prawdziwy rozkwit włosomaniactwa. Konsumentki analizowały składy, poznawały równowagę PEH, uczyły się rozróżniać humektanty, emolienty i proteiny. Wieloetapowe rytuały były nie tylko sposobem na poprawę kondycji włosów, ale też formą relaksu i świadomego dbania o siebie.
Dziś rzeczywistość wygląda inaczej. Tempo życia przyspieszyło, a wraz z nim zmieniły się oczekiwania wobec kosmetyków. Obserwujemy, że wieloetapowa pielęgnacja coraz częściej ustępuje miejsca bardziej funkcjonalnym i wielozadaniowym rozwiązaniom. Dzisiejsza konsumentka nie chce rezygnować ze skuteczności, ale oczekuje, że jeden produkt odpowie na kilka potrzeb jednocześnie, a jego stosowanie nie będzie wymagało dodatkowego czasu.
Właśnie odpowiedzią na te oczekiwania są nasze nowości, między innymi odżywka bez spłukiwania w sprayu z linii Grow Power. To przykład produktu, który łączy kilka funkcji: nawilża włosy, ułatwia ich rozczesywanie i zapewnia termoochronę, a jego aplikacja zajmuje dosłownie chwilę. Konsumentka otrzymuje więc kompleksowe działanie w jednym, prostym kroku.
I to jest dla mnie sedno tej zmiany. DNA so!flow pozostaje niezmienne: skuteczność, estetyka i przyjemność stosowania. Zmienia się natomiast funkcjonalność produktów, którą dostosowujemy do stylu życia i aktualnych potrzeb konsumentek. Chcemy oferować im te same wartości, ale w formie, która najlepiej odpowiada ich codzienności.
Pięć lat działalności to dobry moment na podsumowania i spojrzenie w przyszłość. Jaką najważniejszą lekcję wyniósł Pan z dotychczasowego rozwoju so!flow i czego życzyłby Pan marce na kolejne pięć lat?
Gdybym mógł cofnąć się do 2021 roku, powiedziałbym sobie jedno: bądźcie konsekwentni i ufajcie własnej intuicji! Przez te pięć lat nie brakowało wątpliwości, zwłaszcza gdy w branży pojawiały się nowe trendy, które błyskawicznie zdobywały popularność, ale równie szybko znikały. Nauczyliśmy się jednak, że nie za każdą modą warto podążać. Nie wszystko pasuje do DNA marki. Bywało, że rozważaliśmy różne rozwiązania, ale zamiast podejmować nerwowe decyzje, trzymaliśmy się swoich założeń. I słusznie!
A patrząc w przyszłość, czego życzyłbym nam na kolejne pięć? Jeszcze większej rozpoznawalności i dalszego rozwoju na rynkach zagranicznych. Marzy mi się, żeby na pytanie „Znasz so!flow?” każdy odpowiadał: „Oczywiście! To polska marka, która tworzy skuteczne, pięknie zaprojektowane kosmetyki do włosów!”. I żeby tak było nie tylko w Polsce. Równie mocno zależy mi na tym, żeby nasze konsumentki nadal były zadowolone z so!flow. Żebyśmy rozwijali się razem z nimi, odpowiadali na ich zmieniające się potrzeby i niezmiennie spełniali oczekiwania, dzięki którym zaufały naszej marce i polubiły ją od samego początku.