Kosmetyk kupiony na międzynarodowym marketplace’ie musi spełniać dokładnie te same unijne wymagania jak produkt sprzedawany w tradycyjnych kanałach. Problemem nie jest więc brak regulacji, ale możliwość ich skutecznego egzekwowania przy milionach ofert, tysiącach sprzedawców spoza UE i ogromnej liczbie pojedynczych przesyłek trafiających bezpośrednio do konsumentów.
Justyna Żerańska, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego, wyjaśnia, gdzie dziś znajdują się największe luki w nadzorze nad tym rynkiem i co powinno się zmienić.
Sam fakt sprzedaży przez internet nie wyłącza stosowania unijnych wymagań – o tym należy powiedzieć w pierwszej kolejności, gdy rozmawiamy o kosmetykach oferowanych konsumentom za pośrednictwem międzynarodowych marketplace’ów. Każdy kosmetyk oferowany konsumentowi w Polsce musi spełniać wymagania rozporządzenia (WE) nr 1223/2009 dotyczącego produktów kosmetycznych – niezależnie od tego, czy został wyprodukowany w Polsce, w innym państwie UE czy poza granicami Unii. Naprawdę mamy bardzo dobrze zaprojektowane ramy regulacyjne, które gwarantują konsumentom bezpieczeństwo, o ile wszyscy gracze na rynku jednolicie je stosują.
Niestety globalizacja i szybkie upowszechnianie się marketplace'ów (a na nich często niezweryfikowanych sprzedawców, oferujących rozmaite, nie zawsze zgodne z prawem towary) sprawiają, że nakładu pracy i sił, wkładane w nadzór rynku, stały się niewystarczające. Dziś Europa musi przemodelować swoje systemy nadzorcze, żeby móc skutecznie kontrolować. Kluczowe znaczenie będą miały trzy elementy: inspekcja celna, która będzie kontrolowała towary na wejściu, inspekcja sanitarna i inspekcja handlowa, bo każda z nich ma trochę inne kompetencje w przypadku importowanych towarów.
A wyzwań jest wiele, bo oprócz marketplace’ów mierzymy się m.in. z pojedynczymi paczkami klientów indywidualnych, nad którymi nadzór jest niezwykle trudny. Kolejnym problemem jest niedostatecznie jasny podział kompetencji. Trudno nieraz odpowiedzieć na pytanie, kto tak na dobrą sprawę ma prawo stwierdzić, że produkt jest nielegalny. Uważam, że już na etapie inspekcji celnej powinno się blokować wjazd towarów niezgodnych do naszego kraju. I dalej – te towary, które są na rynku, muszą być lepiej kontrolowane przez jednostki nadzoru rynku. Przez długi czas inspekcje nie dysponowały dostatecznie dobrymi narzędziami, żeby kontrolować sprzedaż internetową. A w sytuacji, w której ten kanał jest już trzecim najpopularniejszym strumieniem sprzedażowym kosmetyków, ten obszar również powinien być lepiej kontrolowany.
Pewne zmiany już się pojawiają. W życie weszły np. zapisy dotyczące handlu online i ogólnego bezpieczeństwa produktów. Do tego dochodzą dodatkowe zapisy w Omnibusie VI, czyli konieczność oznakowania ofert online'owych tymi samymi przepisami co w art. 19 rozporządzenia kosmetycznego, za wyjątkiem numeru partii i daty ważności. Toczą się też prace nad Market Surveillance Regulation, w której na pewno jakieś kwestie związane ze sprzedażą online zostaną usankcjonowane.
Na pewno nie jest dobrą praktyką dostosowywanie prawa za każdym razem, gdy pojawia się problem. Od dawna już stawiam pytanie, czy Europa nadal może sobie pozwalać na politykę otwartych drzwi? Napływ kosmetyków idący w kierunku Europy jest aktualnie bardzo intensywny. Do tej pory Europa była uznanym producentem, który dostarczał kosmetyki do całego świata, a teraz ten przepływ widzimy w obu kierunkach.
Czy obecny system zapewnia wystarczającą ochronę? Niezupełnie. Dużym wyzwaniem pozostaje skuteczne egzekwowanie przepisów w środowisku sprzedaży transgranicznej. Samo istnienie ram prawnych nie wystarczy, jeżeli organ nadzoru ma do czynienia z milionami ofert pojawiających się na platformie, tysiącami sprzedawców spoza UE i milionami produktów wysyłanymi bezpośrednio do indywidualnych klientów. Robimy więc, co możemy: rozmawiamy o zwiększaniu możliwości prowadzenia efektywnego nadzoru nad ofertą internetową, automatycznej wymianie danych pomiędzy organami nadzoru i platformami, skutecznej identyfikacji podmiotów odpowiedzialnych za produkty oraz lepszej współpracy pomiędzy nadzorem rynku, administracją celną i operatorami marketplace’ów. To wymaga czasu, narzędzi i środków – tylko taka kombinacja pozwoli organom kontrolować rynek w sposób adekwatny do jego obecnej skali.
Pod lupę bierzemy szczególnie te kosmetyki, których deklarowana funkcja ma bezpośrednie znaczenie dla bezpieczeństwa konsumenta, jak produkty ochrony przeciwsłonecznej. Jeżeli produkt jest oferowany jako zapewniający ochronę przed UV, a jego rzeczywisty skład tego nie odzwierciedla, lub właściwości nie pozwalają na uzyskanie deklarowanego poziomu ochrony, mamy do czynienia z problemem znacznie poważniejszym niż zwykła niezgodność formalna. W grę może wchodzić także kwestia nierzetelnego komunikowania właściwości produktu konsumentowi, co może powodować realne zagrożenie zdrowia.
Co możemy zrobić – jako organizacja, producenci, a także konsumenci produktów kosmetycznych? Rolą związku na pewno nie jest zastępowanie organu nadzoru i samodzielne rozstrzyganie o zgodności produktu z prawem. Związek nigdy nie będzie tej funkcji wypełniać za jednostki administracji. Nie mamy do tego prawa. Natomiast naszą misją jest edukować wszystkich graczy i dążyć do tego, aby regulacje były praktyczne i stabilne, a jednostki administracyjne zapewniały równe warunki gry i konkurowania dla wszystkich. Nie może być tak, że część graczy na rynku gra według zasad wyznaczonych przez prawo, a równolegle mamy strumień kosmetyków, docierających do konsumentów bocznym szlakiem i niespełniających absolutnie żadnych kryteriów. Tego typu produktów, nierespektujących norm związanych z mikrobiologią, metalami ciężkimi, reżimem produkcyjnym, łańcuchem dostaw czy weryfikacją surowców, może być bardzo dużo na rynku. To nie jest sytuacja, która sprzyja konkurencyjności i firmom, inwestującym w badania i rozwój oraz dostosowanie do przepisów prawa.
Angażujemy się zatem w dialog publiczny i szkolenie organów nadzoru, by ich pracownicy prowadzili jak najskuteczniejsze kontrole produktu w terenie. W naszej ocenie najskuteczniejszy model działania powinien opierać się na równoległym przepływie informacji: od organizacji branżowych i innych podmiotów posiadających wiedzę o rynku do organów nadzoru, od organów do platform oraz – w razie potrzeby – pomiędzy organami różnych państw członkowskich. Nie chodzi o tworzenie kolejnego systemu regulacyjnego, ale o to, aby istniejące już instrumenty były skutecznie wykorzystywane również wobec sprzedaży prowadzonej przez globalne platformy. Ten problem nie dotyczy zresztą wyłącznie kosmetyków. Komisja Europejska wskazuje obecnie sprzedaż przez internet produktów niespełniających unijnych wymagań jako istotne wyzwanie dla całego systemu nadzoru rynku. Dlatego potrzebne jest podejście obejmujące zarówno organy nadzoru, administrację celną, platformy internetowe, jak i przedsiębiorców działających zgodnie z prawem.
Justyna Żerańska, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego