Monika Żochowska: Czasami się kłócimy, ale chyba coraz rzadziej, za stare jesteśmy (śmiech). Zawsze jest rozmowa, a jeśli się kłócimy, to czasami na czacie, żeby głośno nie było, ale też w tekście łatwiej poukładać swoje myśli, niż później wywalać w emocjach, rozmawiając. Bywały też momenty, kiedy poszłyśmy na lunch, żeby sobie pogadać w publicznym miejscu, bo zawsze wtedy się człowiek 10 razy zastanowi, co powie. Albo też bywało, że poszłyśmy na spacer do parku, bo mamy akurat biuro blisko. I wtedy na ławce w naturze szczera rozmowa, co każdą stronę boli, jakie ma oczekiwania i jak możemy to naprawić – dla dobra firmy i ludzi, którzy w niej pracują.
Ewa Dudzic-Filaseta: Tak, myślę, że tu można zastosować zasady z małżeństwa i z rodziny. Staramy się, żeby pracownicy nie uczestniczyli w tym i tego nie słyszeli, żeby nieporozumienia czy konflikty wyjaśniać właśnie nie na forum, tylko gdzieś poza biurem, poza pracownikami, żeby jednak tutaj trzymać się profesjonalnego podejścia. Wiadomo, że jesteśmy kobietami, więc czasami te nasze relacje potrafią być burzliwe. Nie wszystko da się stłumić, ale istotne, żeby w pracy być profesjonalnym, załatwiać tematy jak zawsze - bez jakichś tam złośliwości czy przytyków.
Podstawa to jednak rozmowa. Trzeba wyrzucać z siebie i załatwiać te sprawy w miarę szybko. No i podchodzić do siebie z takim szacunkiem i właśnie dobrym założeniem, że ta druga strona chce dobrze i jesteśmy w stanie się dogadać.
Wiadomo też, że jak jest dobrze i w spółce idzie świetnie, są pieniądze i są budżety, zatrudnia się ludzi, to jest fajnie. Gorzej jest, jak przyjdą takie suche lata, gdzie rzeczywiście trzeba trochę zacisnąć pasja czy zwolnić ludzi. Czasami bywało tak, że może nie do końca się zgadzałyśmy, czy zwalniać te osoby, czy nie. Więc oczywiście wtedy jest dużo większe pole do takich konfliktów. Ale myślę też, że jak się już to przejdzie razem, to też się człowiek sporo o sobie nauczy i jest dużo łatwiej.
Monika: My ten projekt prowadzimy już 15 lat – to była długa droga od „gówniarstwa” do dojrzałości. W mojej głowie na pewno założenie rodziny dużo pozmieniało. Ja też przechodziłam przez taki dość intensywny warsztat Center for Leadership, który mi trochę w głowie różne rzeczy poukładał, ale też i tam bardzo dużo dowiedziałam się o sobie. I ja lubię nad sobą pracować. Na pewno bym dziś nie powiedziała, że jestem tą samą Moniką, co w momencie, gdy zakładałam firmę. Nauczyłam się na pewno lepszego zarządzania ludźmi, a na początku w ogóle tego nie umiałam. Wydaje mi się, że Ewa miała większe umiejętności do rozmowy z pracownikami i takiego zarządzania, ale to też właśnie w tym zakresie Ewa miała większe kompetencje, jak rozpoczęłyśmy współpracę.
Zarządzanie to jest inteligencja emocjonalna też na pewno na wyższym poziomie niż była kiedyś. „Always be cloasing” [red. zawsze dąż do finalizacji transakcji] - tego też się nauczyłam. Od Ewy nauczyłam się też takiego „Done is better than perfect” [red. lepiej ukończyć projekt i wprowadzić go na rynek, niż ciągle czekać na idealną opcję] oraz skalowalności. Ja pochodzę z rodziny, gdzie mieliśmy duże gospodarstwo, ale tam nie pieniądze były najważniejsze, tylko święty spokój. Ta gospodarka była rozwinięta, zawsze był kult ciężkiej pracy, ale tej skalowalności, większego biznesu, nie było. Ewa miała ten dryg do takiego większego ryzyka.
Ewa: Też właśnie to, jak pracujemy z zespołem, bardzo się zmieniło, że na początku ta nasza praca z zespołem była mało dojrzała i popełniałyśmy dużo błędów. Teraz wydaje mi się, że dużo lepiej sobie z tym radzimy. My mamy inne style zarządzania ludźmi. Monika jest takim typem X - bardziej lubi kontrolować, sprawdzać. A ja jestem taka, że staram się widzieć bardziej te dobre strony. Dużo pokazał nam też Test Gallupa i zobaczyłyśmy, jakie mamy mocne strony. Monika na przykład na pierwszym punkcie ma naprawczość, więc lubi wszystko poprawiać, co widzi, że nie działa. Ja znowu mam tę maksymalizację, czyli raczej patrzę na to, co działa i staram się widzieć te dobre strony. Więc tu też myślę, że jest dobre uzupełnienie. (...)
Monika: Czasami jest tak, że Ewa wierzy w jakiś produkt, a ja nie, bo mamy różne poglądy, ale to nie znaczy, że on się nie sprzeda.
Ewa: Tak, my reprezentujemy inne grupy docelowe. Co w takim tworzeniu produktów konsumenckich ma swoje plusy, bo trochę patrzymy z perspektywy innej konsumentki, więc to też jest większa różnorodność. Dodatkowo zawsze, jak mamy jakąś niezgodę, to też prosimy o opinię osoby w naszym otoczeniu. Mamy w zespole na przykład osoby, które reprezentują jeszcze inne grupy docelowe, więc mamy większą perspektywę, jeśli chodzi o klientki. I z takim podejście udaje nam się wypracować najlepsze rozwiązanie.