Horodyńską bolą oczy - jak stylistka mody wywołała dyskusję na temat przekleństwa zachłannego konsumpcjonizmu
Horodyńską bolą oczy - jak stylistka mody wywołała dyskusję na temat przekleństwa zachłannego konsumpcjonizmu

Czego może nauczyć marki, także kosmetyczne, wywiad udzielony "Wysokim Obcasom Extra" przez Joannę Horodyńską, którym mocno żył w ostatnich dniach internet?

Na pewno tego, że dziś firmy naprawdę muszą coraz mocniej bazować na wartościach, zrównoważonym rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu. Że ważne jest również to, co mówią publicznie ich ambasadorki. I że kontekst może zaostrzyć odbiór pewnych treści.

Oczy bolą od złego stylu

Joanna Horodyńska to znana stylistka mody. Kobieta, która modę kocha i nią żyje. Jest w tym autentyczna i szczera. Aż do bólu można powiedzieć. W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów Extra” wyrwało jej się parę słów, które poruszyły opinią publiczną.

Co takiego kontrowersyjnego padło w tej rozmowie? Na pytanie, czy nie jest jej żal rozstawać się z pewnymi ubraniami, które sprzedaje w sieci, Horodyńska odpowiedziała: „Z niektórymi rzeczami wcale. Szczególnie z tymi, które stały się dla mnie tandetne, bo upodobały je sobie panie ze wypełnionymi ustami i mocnym makijażem. Ja tym żyję. Gdy widzę kogoś fatalnie ubranego, to odwracam się, żeby nie patrzeć. Boli mnie ten widok.”. 

W wywiadzie nie zabrakło innych wynurzeń, np. że tanie najczęściej oznacza tandetne: „Do czerni należy podejść z odpowiednio zasobnym portfelem. Tanie czarne rzeczy zawsze będą wyglądały tanio.”.

Wiele wątków było absolutną pochwałą blichtru: „Mam to szczęście, że od jakiegoś czasu na stronach Netaporter i Mytheresa /red. luksusowe platformy sprzedażowe/ mam osobistych doradców, którzy piszą do mnie na WhatsAppie, gdy coś z mojej listy marzeń ma pojawić się w sklepie. Piszą: „Joanna, jest! Kupuj natychmiast!”. No jasne. W końcu dla prawdziwych fashionistek "must have" to jak amen w pacierzu osoby wierzącej...

W ogóle dominowała w tej rozmowie promocja konkretnych marek, oczywiście głównie z segmentu luksusu. Jeśli natomiast padała już nazwa jakiejś sieciówki lub producenta z segmentu masowego, to internauci wskazywali, że Joannę i wspomnianą firmę łączą lub łączyły podejmowane współprace. Część osób w ogóle uznała, że publikacja powinna być oznaczona sygnaturą artykułu sponsorowanego, gdyż mieli wrażenie, że cała rozmowa toczy się tylko o tym, co warto mieć i gdzie to kupić?

Efekt Marii Antoniny

Horodyńska z kupowania żyje – jako personel shopperka dobiera garderobę dla zamożnych klientów, którzy jej to zlecają. Można zatem zrozumieć, skąd to zamiłowanie do kupowania i wybaczyć dość nachalną promocję określonych marek. To jednak słowa o odwracaniu się na widok źle ubranych, wywołały największą lawinę krytyki. Stylistce zarzucono, że w kraju, gdzie wciąż wiele osób wzdycha do średniej krajowej, która jest daleko poza ich zasięgiem, takie słowa są zwyczajnie nie na miejscu. W komentarzach pisano również o tym, jak pogoń za metkami wpływa na nastolatków, którzy cierpią z powodów nieustannego porównywania się z innymi, mają kompleksy, a pragnienie posiadania określonych dóbr kieruje niektóre młode osoby na niewłaściwe tory zarabiania pierwszych pieniędzy - przykład "galerianek" jest tu jedną z bardziej dramatycznych opcji.

Poza tym pojawiło się sporo zarzutów, że kiedy świat zmaga się z tak wieloma deficytami (zasobów) i nadmiarem (odpadów) powodowanych zachłanną konsumpcją, to gromadzenie ubrań, butów i dodatków w megaskali jest zwyczajnie w złym guście.

 „Kochana pani, w tym dramacie klimatycznym, jaki już trwa, nie wypada chwalić się ciuchami, torebkami i butami, które już nie mieszczą się w dużej garderobie. Nikt nie potrzebuje aż tak dużo rzeczy. Jestem prawie pewna, że wiele z tych rzeczy użyła pani raz, a do ich wyprodukowania zużyto ogrom wody i energii. Wysłano w powietrze wiele dwutlenku węgla i toksycznych substancji podczas transportu. To pewnie drogie rzeczy, więc przy ich produkcji może nie wykorzystano niewolniczej pracy dzieci i kobiet z biednych krajów. Zamiast przemeblowywać mieszkanie w poszukiwaniu miejsca na kolejną garderobę, proszę przemeblować głowę. Nie są problemem ludzie źle ubrani, w stare ciuchy, niemodne, ale tacy, jak pani są…” – komentowała jedna z internautek.

Nie obyło się również bez odwołań do życia w luksusowej bańce. „Tak, tak – Maria Antonina na wieść, że lud jest wzburzony, głodny i brakuje chleba, prychała, by jedli ciastka”.

Ktoś inny skomentował cały wywiad lapidarnie: „Martyrologia fashion victim”, a jeszcze inni zwracali uwagę, że kiedy świat stoi na krawędzi i każdego dnia od wielu już tygodni oglądamy przerażające zdjęcia płonącej Australii, takie publikacje bolą. Podobnie jak Joannę bolą oczy, kiedy widzi źle ubranych.

Warto oczywiście zauważyć, że w zamiłowaniu do dobrego wzornictwa, produktów, które dzięki swojej wysokiej jakości przetrwają znacząco dłużej niż sezon czy dwa czy w ogóle miłości do piękna, nie ma nic złego.

To przede wszystkim podkreślały osoby broniące słów Horodyńskiej. Kupowanie produktów, które posłużą przez lata (czasem całe pokolenia), jest znacznie bardziej zrównoważone niż nabywanie rzeczy, które niemal po zdjęciu metki stają się śmieciami.

Niekorzystny odbiór tej publikacji w tak szerokiej skali wynikał prawdopodobnie z tego, że pewnych spostrzeżeń w rozmowie zabrakło, a całość epatowała nadmiarem i blichtrem.

W Paryżu na widok Joanny strzelają korki od szampana

W wywiadzie pojawiły się także wspomnienia z Paryskiego Tygodnia Mody, w którym od lat Horodyńska bierze udział jako wysłanniczka domu handlowego Vitkac, a w ostatnim roku reprezentowała tam markę L’Oréal Paris.

Na pewno było to dla niej duże wyróżnienie i w sumie absolutnie wpisywało się w jej doświadczenie modelki, obecną pracę stylistki i niepodważalną przecież wiedzę z zakresu mody. Wszystko się więc spina, zabrakło znów jednak odrobiny umiaru w samochwaleniu.

„Szłam w pokazie Le Défilé L’Oréal Paris. Oprócz mnie szły w nim wśród wielu Eva Longoria i Helen Mirren. (…)Dzień po pokazie przeżyłam nawet moment sławy w Paryżu. Miałam chwilę, żeby odebrać kilka zamówień z różnych sklepów. Gdziekolwiek wchodziłam, wszyscy otwierali na mój widok szampany i mi gratulowali. Mówili: „Wow, Joanna, byłaś świetna, wyglądałaś niesamowicie w tym niebieskim płaszczu”. Zapamiętam ten dzień do końca życia.”.

Wszystko prawda, wszystko szczerze. Tak szła, tak w niebieskim płaszczu, tak w tym samym pokazie udział wzięły wspomniane gwiazdy, ambasadorki L’Oréal, które w przeciwieństwie do Joanny zna cały świat. Ale znów te ekspiacje na temat strzelających korków od szampana wywołały wśród komentujących raczej śmiech niż podziw.

Coś co miało być wizualizacją jej sukcesu, okazało się jakąś kompensacją, pretensjonalną egzaltacją, tym czymś, co dzieli prawdziwe gwiazdy od pretendentek.

Czy celebryci mogą zrobić coś dobrego dla świata?

Czytając ten wywiad, miałam w głowie wywiady, których udzielały lokalne ambasadorki Garnier: Katarzyna Bujakiewicz i Agnieszka Więdłocha. Wiem, że Garnier to inaczej skrojona marka, ale w tych rozmowach więcej było luzu, naturalności, wdzięku, a przy tym padały tam także ważne słowa dotyczące rozważniejszego korzystania z zasobów czy szacunku dla minimalizmu, który może okazać się najlepszym rozwiązaniem dla katastrofy ekologicznej wywołanej ekstensywną eksploatacją wynikającą z naszej ludzkiej zachłanności.

Odbiór wywiadu z Horodyńską uświadamia, że świadomość konsumencka naprawdę rośnie, a do gwiazd i gwiazdek nie mamy bezkrytycznego podejścia. Moda i uroda to branże sobie bliskie. Obie sprzedają marzenia o pięknie. Teraz jednak odbiorcy chcieliby wiedzieć, czy to piękno da się pogodzić z odpowiedzialnością oraz z szacunkiem dla planety i innych ludzi? Wiemy już, co spowodował nadmiar. Przesłanie dla marek i ich ambasadorek jest więc ultraproste: więcej umiaru!

PS. Media społecznościowe to niebezpieczna broń. Ostatnio jedna z polskich celebrytek dywagowała, że poza wrzucaniem zdjęć z fajnych wycieczek, nic nie może zrobić dla świata. Obserwujący dali jej szybko lepszą radę: może wpłacić pieniądze na ratowanie płonącej Australii. Konkret zamiast Instagramowych egzaltacji. Tylko czy naprawdę naszym celebrytom takie proste prawdy muszą uświadamiać "zwykli ludzie"?

# Raporty tematyczne
 reklama