Czy jest sposób na Shaitana?
Czy jest sposób na Shaitana?

Internet i branża od kilku tygodni żyją sprawą Kacpra L., znanego w sieci kiedyś lepiej jako Shaitan (obecnie Kacper Beauty Vlog). Nazywany Ziębą kosmetologii przez swoich przeciwników, przez wyznawców traktowany niemal jak Mesjasz głoszący jedyną słuszną prawdę. Jedyną słuszną, czyli taką, że panie, panowie trują nas na potęgę koncerny kosmetyczne!

Sepleniący chłopak, przekręcający nazwy marek i składników, mylący podstawowe pojęcia chemiczne, powtarzający komunały, silący się na niezależność i odwagę swoich sądów – na pierwszy odsłuch jego filmików można się kpiąco uśmiechnąć, ziewnąć i wyłączyć, bo czasu szkoda na głupoty. Tylko mu statystyki doładowuje się niepotrzebnie.

Z drugiej strony, nie robiąc nic, być może pozwalamy nie tylko Kacprowi obrastać w piórka, ale i inni zawadiacy gdzieś tam w otchłani internetu czynni, nabierają hejterskich sił, by walić na odwal w tę czy inną firmę? Rację zaiste miał Lem, mówiąc, że nie zdawał sobie sprawy z istnienia na świecie tak wielu idiotów, póki internetu nie poznał.

Vloger naobrażał, Kosmetyczni interweniują

Więc znów: włączając jego kanał i zmuszając się do obejrzenia kilku filmów, można naprawdę zadziwić się, że to właśnie ten vloger wyrósł na głównego przeciwnika branży kosmetycznej. To może nawet śmieszyć, gdy po jednej stronie mamy zastęp firm z ich świetnie zorganizowanymi działami prawnymi, a po drugiej kolesia, który prawdopodobnie nie tylko nie ma żadnych papierów ukończenia studiów kosmetologicznych, ale jego knajacki język każe powątpiewać, czy chłopak choćby do matury dobrnął?

Tymczasem to właśnie on - Kacper - stał się problemem dla wielu firm, które czują się pomawiane i obrażane w jego materiałach filmowych publikowanych na Youtube. Do tego stopnia, że w końcu miarka się przebrała i zainterweniował sam Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego. Opublikował pismo (do pobrania tutaj), w którym podważa to, co podważa na ogół Shaitan i zwraca uwagę, że treści głoszone przez niego wprowadzają konsumentów w błąd, mogą wzbudzać nieuzasadnione obawy i jako takie powinny być postrzegane jako nieetyczne i szkodliwe społecznie. Zabrzmiało poważnie, ale Kacper raczej tym się nie przejął…

Shaitan dowartościowany, wyznawcy zwierają szeregi

I tu dochodzimy do pierwszego pytania natury ogólnej? Czy w przypadku takich osób jak Kacper L. interwencje takie jak Związkowa mają sens? Szkoły są dwie, jak zwykle w tego typu drażliwych kwestiach… Falenicka każe z każdą głupotą i hejtem w sieci walczyć, otwocka uważa, że to walka z wiatrakami i nawet jeśli uda się hydrze urwać łeb, w jego miejsce wyrosną dwa kolejne.

Myliłby się każdy, kto uważa, że w momencie otrzymania pisma, za którym stoi 180 firm kosmetycznych, chłopak przestraszy się i wycofa na jakieś bezpieczniejsze pozycje. Dla takich jak on i jego wyznawców to młyn na wodę. Ostateczny dowód słuszności głoszonych poglądów, legitymujący jego walkę z wielkim biznesem.
 

Kacper natychmiast nagrał kolejny odcinek poświęcony pismu od PZPK, a główne przesłanie tego odcinka można streścić: „sami widzicie, nadepnąłem wielkim tej branży na odcisk, teraz chcą mnie zastraszyć, ale my się nie damy przecież…”. Jak łatwo się domyśleć, znając proste mechanizmy psychologii społecznej, dla fanów Shaitana pismo Związku bynajmniej nie było powodem do jakiejś refleksji, zatrzymania się, konfrontacji pewnych faktów. To był DOWÓD, że ich vloger ma rację, głosi prawdę, a za chwilę może wręcz stać się męczennikiem za sprawę.

 

Głosy wsparcia, jakie popłynęły w komentarzach, świadczą tylko o tym, że najgorliwsi z jego fanów tylko utwierdzili i utwardzili się w swoich przekonaniach. Satysfakcję natomiast z tego obrotu sprawy wyrazili inni blogerzy i vlogerzy, którzy już wcześniej mieli z vlogerem na pieńku – na przykład dużo radości wywołało to na FB grupie Albicji z Krainy Składów.

Trudno przekonać już przekonanych

Wszyscy żyjemy w pewnych bańkach informacyjnych. Media nie są dziś bezstronne, tylko wybitnie tożsamościowe. Algorytmy wyszukiwarek betonują sposób widzenia świata Kowalskiej i Nowaka, dopasowując wyświetlane im  treści do zainteresowań, wcześniejszych lektur i poglądów, które wyłaniają się z komentarzy przez nich publikowanych. Sztuczna inteligencja górą. Odcina nas od rzeczy odległych, przybliża i wzmacnia te bliskie…

Antyszczepionkowcy, choćby świat nauki dostarczył drugie tyle publikacji opowiadających się za obowiązkowymi szczepieniami, i tak pozostaną przy swoim. Oni wiedzą lepiej…

Podobnie rzecz się ma z fanami takich postaci internetowych jak Shaitan. Tu świetnie sprawdzą się wszelkie historie o biznesowych spiskach, widmie raka, truciznach sączonych do butelek od szamponów przez przemysł kosmetyczny.

Nie miejcie złudzeń, że kilkadziesiąt tysięcy obserwujących, da się przekonać, że oferta takiej czy innej firmy to nie jest jednak samo zło. Że nagle przeproszą się z marką smaganą niewybredną krytyką przez ich guru. Że pójdą po rozum do głowy i włączą myślenie krytyczne.

Na percepcję treści wpływ ma poziom wykształcenia. Nawet jeśli słupki ludności legitymującej się wykształceniem wyższym rosną, to jakość tegoż wykształcenia spada. Ludzie nie mają ochoty na mierzenie się z bardziej skomplikowanymi przekazami. Im bardziej uproszczony, by nie rzec prostacki przekaz, tym jego popularność może szybciej rosnąć. Ot i cała przyczyna popularności wielu vlogów. Dla części odbiorców to też sposób na poszukiwanie niezależności i prawdy, kiedy media, także media społecznościowe, przesączone są nadmiarem reklamy i treści sponsorowanych. Wtedy ktoś taki jak Shaitan, który mówi: „mnie nie można kupić”, staje się niemal rycerzem na białym koniu.

Polska kosmetycznym rajem, na składach zna się tu wielu

Polska jest nie tylko jest wybitnie rozwiniętym rynkiem kosmetycznym, w którym liczba producentów wynosi około tysiąca, ale i świadomość konsumencką mamy galopującą. Do tego stopnia, że od lat rośnie popularność blogów i vlogów, które rozbierają składy produktów kosmetycznych na czynniki pierwsze. Mamy tu zarówno pierwszą ligę i internetowe królowe, które są swoistymi wyroczniami dla wielu użytkowniczek sieci, jak też aspirujące vlogi, które również w recenzjach składów chcą się specjalizować.

Technolodzy kosmetyków są zatem pod nieustannym obstrzałem mniej czy bardziej wyrobionych chemicznie krytyków. Ci krytycy „wychowują” swoich fanów, którzy w coraz większej masie przejmują ich sposób postrzegania kosmetycznej rzeczywistości.

Punktem honoru świadomych konsumentów jest zatem poznanie składu kosmetyków i nie uleganie marketingowym sztuczkom producentów.

Choć formulacje to materia złożona, można ją uprościć i zobrazować. Nawet na merytorycznych blogach czy vlogach może być to zrobione w sposób jednoznacznie przemawiający do wyobraźni, np. u PiggyPeg znajdziemy serca lub czaszki pod analizowanymi produktami. Bardziej wymownie chyba się nie da…

Nie tylko vlogi wychowały ostrożnych konsumentów

Zasług w idei odkrywania składów nie można jednak tylko przypisać blogom takim choćby jak wspominane PiggyPeg czy Srokao. To również producenci kosmetyków przez lata mniej lub bardziej zawoalowanie pewne składniki dyskredytowali i od nich odstępowali. Początkowo był to głównie spór między producentami kosmetyków naturalnych a kosmetyków standardowych.

To, czego w kosmetyku naturalnym nie było, najczęściej było jego konkurencyjną przewagą wobec produktu konwencjonalnego. Potem jednak deklaracje, czego kosmetyk nie ma, pojawiały się także na etykietach dużych marek.

To tylko ugruntowało złą sławę rozmaitych substancji. Trudno więc dziwić się, że dziś – choć takie czy inne składniki formalnie dopuszczalne – znajdują się na cenzurowanym.  

1 lipca 2019 roku wszedł w życie Dokument Techniczny Komisji Europejskiej, zakazujący stosowania deklaracji „free from”. Chodziło właśnie o zakończeniu komunikacji opartej na budzeniu strachu wśród konsumentów przed składnikami, które mogą być legalnie stosowane, są przebadane i uznane przez regulatora za bezpieczne. Sztandarowym przykładem takich deklaracji było oświadczenie „nie zawiera parabenów”, ale również „nie zawiera SLS”, czy „nie zawiera fenoksyetanolu”.

Przepis, choć miał być remedium na „straszaki składnikowe”, chyba niekoniecznie spełnia swoje przesłanie. W końcu „rosnąca świadomość” konsumentów domaga się informacji, czy w produkcie są, np. donory formaldehydu lub glikol propylenowy, a skoro nie można tego jasno napisać na etykiecie, to potrzebny jest ktoś, kto wyczyta to z INCI.

Dobrze, kiedy będzie to rzeczywiście osoba z dużą wiedzą składnikową i technologiczną, a przy tym recenzująca (nawet jeśli krytycznie), to z klasą. Gorzej, gdy biorą się za to rozmaici szamani od INCI, straszący konsumentów wizją raka czy bezpłodności  i piętnujący takie czy inne marki w niewybredny sposób. Choć zgodnie z kopernikańską teorią, że gorszy pieniądz wypiera ten lepszy, akurat ci drudzy mogą okazać się „królami internetu”.

Słaba edukacja, niski poziom zaufania

Być może sukces tego typu vlogów ma przyczynę w polskiej szkole? Chemia to nudne lekcje z abstrakcyjnymi wzorami na tablicy. Pewnie gdyby dać dzieciakom butelkę szamponu czy barwniki spożywcze – i na tej podstawie uczyć chemii w praktyce, wiele mitów nie miałoby przed sobą tak spektakularnych karier? Ludzie boją się samego słowa „chemia”, jakby w nim czaiła się śmierć. A przecież chemią jest wszystko, co nas otacza, każdy związek: zarówno naturalny, jak też syntetyczny.

Szkoda, że drugiej stronie brakuje charyzmatycznych liderów opinii. OK, firmy stawiają na współprace z rozmaitymi influencerami, którzy zachwalają ich produkty, ale to mieści się w ramach kampanii promocyjnych, a nie akcji edukacyjnych. A wśród pewnej grupy odbiorców tylko utrwala przekonanie, że każdą opinię w sieci można kupić.

O wiele mocniejszy byłby przekaz, gdyby pojawiła się w sieci osoba dobrze wykształcona, błyskotliwa i ironiczna, która wystąpiłaby z otwartą przyłbicą i pod własnym nazwiskiem, demaskowała rozmaite mity czy półprawdy propagowane przez Shaitana i jemu podobnych. Miałoby to też ogólny walor edukacyjny. Owszem, pojawił się swego czasu animowany film, w którym rozprawiano się z kilkoma bzdurami czy nieścisłościami Shaitana. To jednak tylko dało paliwo fanom vlogera, że anonimowa postać z kreskówki ani chybi jest wytworem spreparowanym przez branżę, podczas gdy ich Kacper ma odwagę głosić swoje prawdy pod nazwiskiem i firmując to własną twarzą.

Szkodzą też branży jako całości zlecenia, w których agencje social mediów występujące w roli jakiegoś klienta, proszą o zmierzenie się z krytycznym wpisem danej blogerki za określonym wynagrodzeniem. Tym nie zbuduje się wiarygodności, a tej tak bardzo teraz brakuje.

Czy jest więc sposób na Shaitana i jemu podobnych? Pewnie najskuteczniejsze byłyby prawomocne wyroki, które stwierdzałyby, że interesy takiej czy innej firmy zostały naruszone. Czy ktokolwiek jednak zdecyduje się ostatecznie na wytoczenie dział prawnych Shaitanowi lub innych tego typu wcieleniom? Do tej pory rzeczywiście internetowy hejt najlepiej pacyfikowały wyroki sądowe. To, że żyjemy w czasach bez cenzury, a cenzurowanie internetu jest w ogóle niemożliwe, nie oznacza, że w sieci wszystko wolno.

Rok rozpoczął się zdecydowanie z internetowym przytupem.

# Raporty tematyczne
 reklama